Dziś będę chwalić talent Majaleny, którego owoc możecie podziwiać na
poniższych zdjęciach. To oto śliczne, zielone cudo przyfrunęło do mnie wprost z
- nomen omen - zielonej Irlandii. Proszę patrzeć, podziwiać i zazdrościć. Ja
sama sobie zazdroszczę. :) Do tego dołączona była pyszna, miętowa czekolada na
gorąco (na zdjęciu). Uwielbiam taką kombinację smaków - zatem: cheers!
Majaleno, dziękuję, dziękuję, dziękuję!!!
Jeszcze kilka słów wyjaśnienia: Rzę-sówkę wygrałam właściwie przez przypadek
- jak się okazało bardzo szczęśliwy. Dzieła Majaleny, zwłaszcza
"sówkowe" niezwykle przypadły mi do gustu, ale nie miałam specjalnej
nadziei na wygraną, gdy ich autorka ogłosiła konkurs, w którym można było ja
zdobyć. Właściwie dopiero mail od Majaleny zmobilizował mnie do stanięcia w
szranki i udało mi się (do dziś nie wiem jak) dwukrotnie trafić w odpowiednie
numery komentarzy - i za to właśnie zostałam wyróżniona tak pięknym prezentem.
;)
Nie będę się nadmiernie rozpisywać jak bardzo się cieszę, choć - jak mawia
Pietrek z "Rancza" - "okropnie mnie przyjemnie". Bardzo
chciałabym hodować sowę, o czym zresztą już kiedyś pisałam. Niestety,
przynajmniej na razie jest to niemożliwe, zatem taka, śliczna, mała sówka to
doprawdy, częściowe choćby spełnienie tego marzenia. I zawsze mogę ją nosić
przy sobie. :)
Polecam wszystkim zaglądanie do bloga Majaleny - raz, że znajdziecie tam
więcej takich cudeniek, dwa, że być może autorka ogłosi kolejny konkurs. :) Tak
czy inaczej - warto. :)
A i o mnie nie zapominajcie, zwłaszcza, że niebawem, natchniona
nieoczekiwanym sukcesem, zaproszę was do zabawy, w której wygrać będzie można
cosik hand-made, choć niekoniecznie będzie to sowa. ;)
Raz jeszcze dziękuję Majaleno!