Znowu post zaczynający się od słowa "pierwszy". Fatum jakieś czy co? :) Ale cóż - porządek rzeczy musi być zachowany i dlatego skoro pierwszy raz z moich łapek wyszedł magnes, to i tytuł musi to podkreślać.
Wzór całkowicie mój, tzn mój design postaci, wykonany haftem płaskim, do którego zdecydowałam się wrócić po długiej, krzyżykowej przerwie. Do wykonania tej pracy natchnął mnie tutorial Marty z bloga: http://hafcikicinka26.blox.pl/html
Wyszywało mi się bardzo dobrze i szybko w porównaniu ze żmudnym ślęczeniem nad schematami krzyżyków. Jedynie po przyklejeniu okazało się, że nitki w serduszku są nieco "zwichrowane", ale cicho - sza! Może nikt nie zauważy, zwłaszcza, że nadal robię zdjęcia aparatem z komórki a jaką one mają jakość same wiecie. :)
Tak czy inaczej mam już kolejne, szalone pomysły na magnesiki wykonane haftem płaskim, mam nadzieję wkrótce je zaprezentować. A, że akurat mam kilka dni wolnego od pracy, już ostrzę igły. :)
Pozdrawiam wszystkich ciepło - jeśli będziecie miały chwilę to zajrzyjcie do mnie 2 kwietnia. Mam bowiem zamiar tego dnia oficjalnie zaprosić Was do zabawy w zgaduj-zgadulę, w której oczywiście będzie można wygrać cosik hand-made. :)
"Jest na Ziemi jedno moje małe miejsce, gdzie poza biciem serca nie liczy się nic więcej..."
Translate
piątek, 28 marca 2014
czwartek, 20 marca 2014
Pierwszy Dzień Wiosny
Tak, tak! Już od dziś, od godziny 17:00 mamy wiosnę!!! :) Czas na mycie okien, odchudzanie się i topienie Marzanny, czyli na to, co tygryski lubią najbardziej (no, może poza myciem okien, choć ja na przykład świetnie się przy tym relaksuję). Czekam aż się wreszcie wszystko dokoła zazieleni i czekam na pierwsze, wiosenne burze, które uwielbiam. Zwłaszcza moment tuż przed, kiedy niebo jest ciemnoszare a budynki przybierają barwę o ton jaśniejszą od nieba, dzięki czemu zieleń drzew i trawników staje się bardziej wyeksponowana. I wiatr, z każdą chwilą przybierający na sile... A potem burza, naturalnie widziana z okien domu, w którym jestem bezpiecznie schowana... :D Z tym właśnie kojarzy mi się miłościwie od dziś nam panująca pora roku.
Chociaż kto to wie, co jeszcze zgotuje nam pogoda. Zimy nie było więc strach się bać. Mam nadzieję, że będzie to pierwszy od dawna rok, gdy idąc z Koszyczkiem nie będę nuciła "I'm dreaming of a white Christmas.." o, przepraszam: "Easter". :)
I w nadziei na piękną, słoneczną aurę i na wybuch zieleni dokoła zamieszczam hafcik, w którym Piesio delektuje się takim oto wiosennym kwiatem. Niech to będzie dobra wróżba na marzec, kwiecień i maj. Dla nas wszystkich, a szczególnie dla moich stałych i nowych obserwatorek i komentatorek. :)
Chociaż kto to wie, co jeszcze zgotuje nam pogoda. Zimy nie było więc strach się bać. Mam nadzieję, że będzie to pierwszy od dawna rok, gdy idąc z Koszyczkiem nie będę nuciła "I'm dreaming of a white Christmas.." o, przepraszam: "Easter". :)
I w nadziei na piękną, słoneczną aurę i na wybuch zieleni dokoła zamieszczam hafcik, w którym Piesio delektuje się takim oto wiosennym kwiatem. Niech to będzie dobra wróżba na marzec, kwiecień i maj. Dla nas wszystkich, a szczególnie dla moich stałych i nowych obserwatorek i komentatorek. :)
wtorek, 11 marca 2014
Rzę-sówka od Majaleny
Dziś będę chwalić talent Majaleny, którego owoc możecie podziwiać na poniższych zdjęciach. To oto śliczne, zielone cudo przyfrunęło do mnie wprost z - nomen omen - zielonej Irlandii. Proszę patrzeć, podziwiać i zazdrościć. Ja sama sobie zazdroszczę. :) Do tego dołączona była pyszna, miętowa czekolada na gorąco (na zdjęciu). Uwielbiam taką kombinację smaków - zatem: cheers! Majaleno, dziękuję, dziękuję, dziękuję!!!
Jeszcze kilka słów wyjaśnienia: Rzę-sówkę wygrałam właściwie przez przypadek - jak się okazało bardzo szczęśliwy. Dzieła Majaleny, zwłaszcza "sówkowe" niezwykle przypadły mi do gustu, ale nie miałam specjalnej nadziei na wygraną, gdy ich autorka ogłosiła konkurs, w którym można było ja zdobyć. Właściwie dopiero mail od Majaleny zmobilizował mnie do stanięcia w szranki i udało mi się (do dziś nie wiem jak) dwukrotnie trafić w odpowiednie numery komentarzy - i za to właśnie zostałam wyróżniona tak pięknym prezentem. ;)
Nie będę się nadmiernie rozpisywać jak bardzo się cieszę, choć - jak mawia Pietrek z "Rancza" - "okropnie mnie przyjemnie". Bardzo chciałabym hodować sowę, o czym zresztą już kiedyś pisałam. Niestety, przynajmniej na razie jest to niemożliwe, zatem taka, śliczna, mała sówka to doprawdy, częściowe choćby spełnienie tego marzenia. I zawsze mogę ją nosić przy sobie. :)
Polecam wszystkim zaglądanie do bloga Majaleny - raz, że znajdziecie tam więcej takich cudeniek, dwa, że być może autorka ogłosi kolejny konkurs. :) Tak czy inaczej - warto. :)
A i o mnie nie zapominajcie, zwłaszcza, że niebawem, natchniona nieoczekiwanym sukcesem, zaproszę was do zabawy, w której wygrać będzie można cosik hand-made, choć niekoniecznie będzie to sowa. ;)
Raz jeszcze dziękuję Majaleno!
niedziela, 23 lutego 2014
Nierozłączki?
Już po walentynkach ale hafcik,
który prezentuję pasowałby do tego święta-nieświęta jak ulał. Niestety nie
wyrobiłam się z nim do 14 lutego, toteż prezentuję go dopiero teraz. Żeby
jednak nie był on zupełnie pozbawiony powiązań z tematyką – o ile można ją tak
nazwać – uczuciową, toteż nawiążę do niej w tym oto poście.
Ostatnio, z racji wykonywanej pracy mam okazję
posiedzieć na różnych portalach internetowych, najczęściej jednak na Onecie.
Tam właśnie wyczytałam, że pojawiło się niedawno kilka ogłoszeń, zredagowanych
przez panów, którzy chcą mieć dziecko i szukają dla niego matki. Zaznaczam, że
panowie są hetero, wykształceni, dobrze zarabiający i w wieku, w którym
produkcja żywotnych plemników ulega już nadwątleniu. Jeszcze nieznaczącemu, ale
jednak.
Pomyślicie zapewne, że to po
prostu kolejne ogłoszenie matrymonialne i że takich mężczyzn, którzy pragną
mieć dziecko ze świecą szukać? Otóż szkopuł tkwi w tym, że oni chcą dziecka,
owszem, a jakże. Tylko, że ani myślą wiązać się z kobietą, która im to dziecko urodzi.
Ot, będą sobie po prostu razem je wychowywać, bez żadnych konsekwencji i brania
odpowiedzialności za kobietę, którą zdecydują się obdarzyć potomstwem. Bo po co
rodzina i marudna, starzejąca się baba u boku, skoro celem jest i tak tylko
dziecko, protoplasta, przedłużenie gatunku? Oto biologia na usługach wolnego
rynku: dziecko zamówione, urodzone, koszta odliczone. Nabył, wychowuje,
transakcja się zgadza. A przy tym jaka wygoda! Odpowiedzialność spółka z.o.o.
Tak ja to widzę.
Zastanawia mnie i oburza
jednocześnie tylko jedno: jak ci panowie, którzy tak pięknie mówili w artykule
o potrzebie realizacji w roli ojca, będą się z niej wywiązywać? Jako weekendowi
tatusiowie? Przecież zamieszkać z kobietą, matką ich dziecka ani myślą, to by
przecież oznaczało związek, prawda? A oni związku nie chcą, bo najważniejsza
jest wolność. W ich umyśle zapewne nie powstała refleksja, że dziecko i tak
przez co najmniej pierwszy rok życia jest związane fizycznie i emocjonalnie z
matką. Owszem, jeśli ojciec aktywnie włącza się w jego pielęgnację i opiekę to
świetnie, więź między nim a dzieckiem zrodzi się wcześniej, ale nie da się jej stworzyć
będąc obok i „na przychodne”. A poza tym jak taki „ojciec” weźmie
odpowiedzialność za dziecko, skoro nie jest w stanie, a co więcej nie ma chęci
brać jej za kobietę?!
Może ja się nie znam, w końcu
rodziny nie założyłam dotąd. Ale nie założyłam właśnie dlatego, że przeraża
mnie ogrom odpowiedzialności, jaki się z tym wiąże i perspektywa utraty owej
wolności, którą też sobie cenię. Oczywiście wiem, że „każda strata niesie zysk”
i zakładając rodzinę rezygnując częściowo z siebie, otrzymuję w zamian
najcenniejszy dar: drugą osobę. Ja jednak świadoma jestem, że jeszcze do tego
nie dorosłam. I nigdy, nigdy nie zdecydowałabym się „zrobić sobie dziecko”, (co
przecież ani trudne, ani nieprzyjemne nie jest) w takiej oto spółce z.o.o., dla
zaspokojenia własnej ambicji czy uciszenia zegara biologicznego (bo czym innym
jest u tych panów chęć posiadania potomstwa?).
Wiem, że w życiu różnie bywa, ludzie
się nie dobierają, mają dzieci i wychowują je osobno, ale przynajmniej, na
jakimś tam etapie coś ich ze sobą łączyło – jeśli nie miłość to chociaż
chwilowa, wzajemna fascynacja. A może się mylę? Może patrzę na świat nadal zbyt
idealistycznie? Może naiwnie wierzę, że jednak większość ludzi posiada jakiś
kręgosłup moralny, zasady, kodeks wartości. Ja w każdym razie z przerażeniem
patrzę na egoizm ludzki i kompletny brak wyobraźni. Sama nie jestem od niego
wolna, byłabym hipokrytką mówiąc inaczej, tyle, że w relacjach z ludźmi staram
się zawsze być o tyle uczciwa, żeby brać na siebie prawdziwą odpowiedzialność
za drugą osobę, nawet jeśli jest ona dla mnie niewygodna. Może dlatego zawsze
dostaję po nosie, bo czy to w przyjaźni, czy w miłości, czy w koleżeństwie z
bliskich mi osób w końcu zawsze wyjdzie egoizm i wygodnictwo.
Mam zresztą nieodparte wrażenie,
że dwie te cechy są istotnymi wartościami współczesnego świata. Mam nadzieję,
że ci panowie przekonają się, jeśli znajdą właściwe kandydatki na matkę swojego
dziecka, (w co nie wątpię) że nie można wziąć odpowiedzialności za dziecko nie
biorąc jej za rodzinę, a nawet jej nie tworząc. Szkoda tylko dziecka w tym
układzie.
My ludzie zawsze wszystko
komplikujemy. Gdybyż można tak jak wyhaftowane przeze mnie nierozłączki po
prostu znaleźć partnera na całe życie i huśtać się z nim na drążku na przekór
złym wiatrom, przytuleni do siebie i pochłonięci sobą… Widać jednak nie można,
albo nie każdemu jest to pisane. ;)
Rozgadałam się więc tylko
prędziutko jeszcze chcę powitać nowe obserwatorki mojego bloga i podziękować za
wszystkie, ciepłe komentarze! Od razu poprawia mi się humor, gdy je czytam.
Jesteście super dziewczyny! ;)
wtorek, 11 lutego 2014
Kocia muzyka
Dziękuję za wszystkie życzenia i miłe słowa, które napłynęły do mnie z Waszych komentarzy. Bardzo mi miło, że mój powrót do blogowania nie minął bez echa. Dziękuję raz jeszcze!
Dziś prezentuję hafcik prosto "spod igiełki". Jak zwykle u mnie - koty. Chyba robię się monotematyczna, ale co tam. :)
Temat kociej muzyki nie jest mi obcy. Uprawiam ją namiętnie, ostatnio pod prysznicem. Biedni sąsiedzi! Z przykrością stwierdzić muszę, że głos mój nadaje się wyłącznie do baletu, co odziedziczyłam po ś.p. tatusiu. Geny zniweczyły moją piosenkarską karierę już w powiciu i jest to przedmiot mojego nieustannego żalu, jak i kompleksu. Zawsze chciałam być piosenkarką i gdybym tylko umiała śpiewać na pewno zrobiłabym karierę. Piosenek znam dużo, w różnych językach, z różnych okresów historycznych: od średniowiecznych pieśni truwerów po współczesne trele-morele. Muzyka jest jedyną - obok pisania - rzeczą, której nigdy nie porzuciłam na rzecz nowych, bardziej atrakcyjnych zajęć. Gdybyż choć raz z moich ust dobyło się coś innego niż żabi skrzek!
Ale nie. Geny. Zatem śpiewam sobie w ukryciu, gdy jestem sama, a publicznie tylko na suto zakrapianych jeździeckich ogniskach, na których i tak każdemu jest obojętne kto i jak śpiewa. ;)
I mogę tylko pomarzyć, że ja wraz z moimi kocimi muzykantami wykonamy piosenkę, choćby taką jak Kwitka Cysyk:
http://www.youtube.com/watch?v=d5vDjeiXUAY&feature=share&list=PL90D9920669841A2A&index=4 Swoją drogą ta dumka z pogranicza polsko-ukraińskiego ma już co najmniej 200 lat. W ogóle tego nie słychać, prawda? :)
Dziś prezentuję hafcik prosto "spod igiełki". Jak zwykle u mnie - koty. Chyba robię się monotematyczna, ale co tam. :)
Temat kociej muzyki nie jest mi obcy. Uprawiam ją namiętnie, ostatnio pod prysznicem. Biedni sąsiedzi! Z przykrością stwierdzić muszę, że głos mój nadaje się wyłącznie do baletu, co odziedziczyłam po ś.p. tatusiu. Geny zniweczyły moją piosenkarską karierę już w powiciu i jest to przedmiot mojego nieustannego żalu, jak i kompleksu. Zawsze chciałam być piosenkarką i gdybym tylko umiała śpiewać na pewno zrobiłabym karierę. Piosenek znam dużo, w różnych językach, z różnych okresów historycznych: od średniowiecznych pieśni truwerów po współczesne trele-morele. Muzyka jest jedyną - obok pisania - rzeczą, której nigdy nie porzuciłam na rzecz nowych, bardziej atrakcyjnych zajęć. Gdybyż choć raz z moich ust dobyło się coś innego niż żabi skrzek!
Ale nie. Geny. Zatem śpiewam sobie w ukryciu, gdy jestem sama, a publicznie tylko na suto zakrapianych jeździeckich ogniskach, na których i tak każdemu jest obojętne kto i jak śpiewa. ;)
I mogę tylko pomarzyć, że ja wraz z moimi kocimi muzykantami wykonamy piosenkę, choćby taką jak Kwitka Cysyk:
http://www.youtube.com/watch?v=d5vDjeiXUAY&feature=share&list=PL90D9920669841A2A&index=4 Swoją drogą ta dumka z pogranicza polsko-ukraińskiego ma już co najmniej 200 lat. W ogóle tego nie słychać, prawda? :)
czwartek, 30 stycznia 2014
Powrót po latach... A właściwie po roku :)
Dawno, bardzo dawno mnie tu nie było. A jednak wracam jak do domu, do mojego bloga robótkowego. Oj, wiele działo się przez 2013 rok, który niestety dla mnie okazał się bardzo pechowym. Straciłam moją knajpkę a w związku z tym przyjaciół, choć nie wiem czy można tak nazwać ludzi, którzy okazali się nieszczerzy. Mimo to, szkoda. Zaliczyłam kłopoty zdrowotne i finansowe, ale najbardziej zabolała mnie strata mojej ukochanej kotki, która - mam nadzieję - wygrzewa się gdzieś z dala od tego paskudnego, w gruncie rzeczy, świata. Mało tego, po niespełna miesiącu wspólnego życia pożegnałam także malutką koteczkę, Zuzię, którą przygarnęłam po śmierci Szczurka.Niestety okazała się śmiertelnie chora. Właśnie z powodu tych wszystkich wydarzeń nie mogłam w 2013 roku prowadzić bloga, który ma w podtytule "piękniejsza strona życia".
Szczęśliwie jednak mamy na liczniku już 2014, czas więc odciąć się grubą kreską od przeszłości. Znalazłam pracę w Katowicach, czas swój dzielę między to miasto i moją ukochaną Łódź, gdzie pod opieką mojej mamy został Kropek - uroczy kocurek-rozrabiaka, brat zmarłej Zuzi, który także cudem wywinął się z łap bezlitosnej Kostuchy. Czytam, piszę i wyszywam. ;) Plon moich haftów z zeszłego roku mam nadzieję wkrótce zaprezentować na tym oto blogu. Poniżej pierwszy z nich.
Wszystkim zaś życzę aby ten rok był naprawdę dobry. :)
Szczęśliwie jednak mamy na liczniku już 2014, czas więc odciąć się grubą kreską od przeszłości. Znalazłam pracę w Katowicach, czas swój dzielę między to miasto i moją ukochaną Łódź, gdzie pod opieką mojej mamy został Kropek - uroczy kocurek-rozrabiaka, brat zmarłej Zuzi, który także cudem wywinął się z łap bezlitosnej Kostuchy. Czytam, piszę i wyszywam. ;) Plon moich haftów z zeszłego roku mam nadzieję wkrótce zaprezentować na tym oto blogu. Poniżej pierwszy z nich.
Wszystkim zaś życzę aby ten rok był naprawdę dobry. :)
czwartek, 10 stycznia 2013
Po raz pierwszy...
i od razu coś innego. ;)
Wszystko właściwie przez przypadek. Otóż na niepozornej, powiedziałabym wręcz - nieco odpychającej ulicy Północnej w Łodzi mieści się raj. Tak, tak. A nawet dwa raje, zupełnie niedaleko siebie. Mowa o Polimexie i o Grażce. W zasadzie właściciele tych dwóch hurtowni powinni mi odpalić coś za ten post, bo będę piała z zachwytu i reklamowała.
Najpierw w Polimexie wpadł mi w oko przyrząd do filcowania. Uchwyt z siedmioma igłami cienkimi. A kumpela, z którą tam byłam i z którą zgodnie śliniłyśmy się z radości, kupiła włóczkę po niecałe 4 zł za motek. Zaopatrzyłyśmy się jeszcze w urocze kotki - wprasowanki i przeszłyśmy przecznicę do Grażki. Tam zaś, znalazłam mulinę Ariadnę po 95 groszy za moteczek 8 m.!!! I okazało się, że wcale nie muszę kupować jej w ilości hurtowej!!! A jak jeszcze znalazłam tam wełnę czesankową po niecałe 3 zł. za motek, to wydałam z siebie szalony chichot i poszłam w półki. ;)
I nie wiem jak przeżyłam blisko trzydzieści lat nie wiedząc, że pasmanterie to zdziercy i rozbójnicy, zaś jaskinie rozkoszy mam 20 minut żwawego marszu od domu.
No i z tej okazji pierwszy raz cosik ufilcowałam... ;)
A mojego Wielkiego Haftu nadal nie mogę skończyć. :(
Czarny Kot rządzi! ;)
Wszystko właściwie przez przypadek. Otóż na niepozornej, powiedziałabym wręcz - nieco odpychającej ulicy Północnej w Łodzi mieści się raj. Tak, tak. A nawet dwa raje, zupełnie niedaleko siebie. Mowa o Polimexie i o Grażce. W zasadzie właściciele tych dwóch hurtowni powinni mi odpalić coś za ten post, bo będę piała z zachwytu i reklamowała.
Najpierw w Polimexie wpadł mi w oko przyrząd do filcowania. Uchwyt z siedmioma igłami cienkimi. A kumpela, z którą tam byłam i z którą zgodnie śliniłyśmy się z radości, kupiła włóczkę po niecałe 4 zł za motek. Zaopatrzyłyśmy się jeszcze w urocze kotki - wprasowanki i przeszłyśmy przecznicę do Grażki. Tam zaś, znalazłam mulinę Ariadnę po 95 groszy za moteczek 8 m.!!! I okazało się, że wcale nie muszę kupować jej w ilości hurtowej!!! A jak jeszcze znalazłam tam wełnę czesankową po niecałe 3 zł. za motek, to wydałam z siebie szalony chichot i poszłam w półki. ;)
I nie wiem jak przeżyłam blisko trzydzieści lat nie wiedząc, że pasmanterie to zdziercy i rozbójnicy, zaś jaskinie rozkoszy mam 20 minut żwawego marszu od domu.
No i z tej okazji pierwszy raz cosik ufilcowałam... ;)
A mojego Wielkiego Haftu nadal nie mogę skończyć. :(
Czarny Kot rządzi! ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










